Śmierć i Odrodzenie.
Moja Agata odeszła już dawno temu ale tak naprawdę nigdy nie była tak blisko mnie jak od dnia kiedy jej dusza postanowiła powrócić do domu.
Nie mogłam uporać się z decyzją jej odejścia bardzo bolała mnie utrata jej fizyczności , braku jej widoku, głosu, śmiechu dotyku i tego daru bycia istoty pełnej zachwytu i tej niesamowitej wibracji jaką wnosiła wraz ze swoją energią .
Utrata mojego Wielkiego Anioła powaliła mnie na kolana.
Największa strata z jaką kiedykolwiek dane było mi się zmierzyć.
Strata nie do opisania .rozszczepienie .. ból...pustka i te bezowocne próby wypełnienia tej bolesnej pustki różnymi sposobami....i pojęcie tego że nie istnieją takie zasoby w świecie fizycznym ..i to olśnienie .. że tylko poprzez zrozumienie.. czym jest śmierć ... i dokąd dusza Agaty odeszła i czy jest aby na pewno bezpieczna .
Fizycznie odeszła ale jej obecność duchowa zaczęła przejawiać w każdej chwili oraz myśli mojego życia . Teraz zastanawiam się teraz czy to bolało mnie z braku czy z nadmiaru mojej miłości i Jej Agaty mojej siostry w moim życiu, który zdominowała swoją obecnością w każdym milimetrze i każdej sekundzie przez to że jej już nie było tak bardzo, że mało kiedy myśli udało mi się skoncentrować na czymkolwiek innym i doprowadziło mnie do niemożności funkcjonowania w codziennym świecie . Moje cierpienie i niemożność pogodzenia się z jej odejściem i tą nieodwracalną prawdą że "śmierć przychodzi niespodziewanie i jest rzeczywistością" było moją moją próbą a raczej wielokrotnymi próbami zrozumienia śmierci i stała się wędrówką oraz podróżą życia która przeprowadziła mnie wielokrotnie przez Tantrę odnalezioną w Masywie Śnieżnika aż do Indii i z powrotem i z powrotem i z powrotem aż do chwili mojej własnej śmierci. Bo muszę się Wam przyznać , że ja również umarłam.
Umarłam wśród rodziny i przyjaciół w Domu Modrej Rzeki w piękny majowy bezchmurny dzień który był dniem idealnym po to właśnie by umrzeć. Moje ciało zostało" spalone" a kiedy się paliło takim równym i jasnym płomieniem to mój brat grał na saksofonie a ludzie wokoło świętowali śpiewali i tańczyli bo taka była moja wola.
Wiedziałam dużo wcześniej że umrę poprosiłam , żeby śmierć do mnie przyszła. Sama się do niej zgłosiłam ...... a potem podświadomość się wystraszyła i próbowałam tę śmierć na różne sposoby oszukać, uciec , wyśmiać, zakrzyczeć ,zahałasować... udać , że nie istnieje .Nawet chciałam ją zagadać na śmierć i prawie mi się to udało. Ale zorientowana zostałam w odpowiedniej chwili że powoduje mną strach oraz nałóg w których to ramionach próbowałam się ukryć . Strach nigdy w moim przypadku nie był dobrym przewodnikiem . Ostatni taniec z moim nałogiem kiedy czułam jak czepia, lepi się ostatkiem sił zrozpaczony bo On dobrze wie że kiedy Ja umrę to i on również . A On bardzo tego się bał och jak bardzo chciał mnie zatrzymać.. , jeszcze chociaż na moment...ale wszystko przecież ma swój początek i wszystko przecież ma swój koniec. Nic nie trwa wiecznie, wszystko ma swój czas i swoje miejsce.
Jest czas na narodziny, czas na dzieciństwo, czas na naukę, czas na pierwszą miłość,jest czas na bunt i czas na wyjście z domu,czas na sex , czas na pracę, rodzinę, czas na radość i czas na łzy... czas na zastanowienie się co dalej kiedy wszystko się już ma i nawet lat ponad 40 i dzieci już dorosłe..i pogoń za materią i ta świadomość że się nie dogoni i nawet kiedy się ma wszystko co pojawiają się pytania inne ważniejsze i wtedy następuje bardzo ważna życiowa podróż , podroż duchowa która jest samotna podróżą w ciszy i kontemplacji potem można odpocząć kiedy następuje starość co nie jest wcale złe pod warunkiem że jest się z nią pogodzonym i pojmie się o co w niej tak naprawdę chodzi.. i kiedy już tak sobie odpoczniemy w tej starości to sami stwierdzimy , że już na nas czas.. by pójść w ramiona śmierci.Bo to taka kolej rzeczy bo śmierć jest rzeczywistością i naprawdę trzeba sobie to uzmysłowić , że dając życie mojemu dziecku daję mu również i śmierć i że śmierć to jedynie jedna z naszych stacji ...stacji na drugą stronę . Nie każdemu z Nas dane będzie przeżyć każdy element spirali życia. Moja siostra bardzo obawiała się starości i wg jej życzenia nie zaznała jej. U mnie jest inaczej .Każdy ma inaczej .Postanowiłam więc przeżyć jeszcze raz swoje życie umrzeć i narodzić się na nowo. I tak też się stało . Moja śmierć przychodziła długo . Doświadczyłam największej ekstazy jaką znam do tej pory ekstaza ta powodowała utratę przytomności i podróż przez pradawne oceany i neony lat świetlnych przeżyć oraz wielkiego odpoczynku w niebycie .Unoszenia się w ciszy ciemności która nigdy nie jest ciemnością gdzie jedynym dźwiękiem który się pojawia jest bicie serca wszechświata .Unoszona przez spokojne fale praoceanu spotkałam moją siostrę i było to "zwyczajne" spotkanie takie w przelocie :) było to spotkanie "oczywiste"i pamiętam dobrze co mi powiedziała. Ale niech to zostanie moją tajemnicą. Przynajmniej na razie .Narodziłam się w spokoju obudzona przez delikatny dotyk życia... taki dobrotliwy dotyk ciepłej rześkości wody i smaku malin .Dzień w którym się narodziłam był idealnym dniem na odrodzenie. To był dzień bez jednego obłoczka , świeciło słońce.... dzień który wybrał wiatr na prace polowe . Wiatr wybrał sobie ten dzień na rozsiewanie pyłków drzew , które strumieniem powietrznym przepływały przez dolinę niosąc nadzieje na urodzajne życie tych którzy wraz ze mną odrodzili się poprzez Tantrę w Modrej Rzeczce i mieli odwagę spojrzeć śmierci w oczy.Do miłego,Zycia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz