piątek, 26 maja 2017

Dziewczęta z ulicy Szczęśliwej. Agnieszka Żurek

Moja siostra  miała zwyczaj mawiać  " kochana masz niezwykły dar pisania , piszeszz lekkością pióra  unoszonego przez wiatr (słodziła)dlaczego z tego nie korzystasz? zobacz wystarczy przecież systematycznie napisać jedną stronę dziennie a przez rok napiszesz jedną książkę. Namaluj jeden obraz miesięcznie chociaż stać cię na jeden obraz  tygodniowo i zobacz już masz w ciągu jednego roku .. książkę z ilustracjami, wernisaż i co tam jeszcze sobie wymyślimy" .. zawsze pełna pomysłów i pasji.. pełna zachwytu . tak bardzo mi jej brakuje.Och jak bardzo.
Postanowiłam podjąć się tego  zadania w/g jej rady dla siebie i   dla niej nie wiem na ile mi się to uda.. ale postaram się chociaż wiem że mogą nastąpić załamaniowe przerwy. Obrazy maluje chyba już od 10 lat. Ten proces  zaczął się dość zabawnie .
 Miałam remont domu , który przeciągał się i przeciągał a zakochani w tym miejscu robotnicy budowlani nie chcieli opuścić tego miejsca aż do momentu kiedy zdesperowana ich obecnością zmuszona byłam ich wręcz wyrzucić z domu.. ale to historia na inne strony i na pewno powrócę jeszcze do niej. Miałam swojego czasu trzy serdeczne  koleżanki jedną z nich była Agnieszka Żurek. Młoda dziewczyna o niesamowicie wybujałym temperamencie . Ubierała się wręcz teatralnie  w wielkie falbaniaste spódnice, potrafiła ubrać  do tego np jedną skarpetę w kropki drugą skarpetę w paski założyć do tego czarne lakierki i potargane pończoszki, bluzeczki z fiszbinami, natapirowane  włosy wieńczył ostry makijaż gdzie miała zwyczaj na powiekach kłaść sobie trzy czarne kropki . Jednym słowem Agnieszka  wyglądała jakby  co dopiero zeszła ze sceny teatru grając w sztuce Alicję z Krainy czarów  oryginalnej wersji z 65 r. I taką to istotę gościłam  sobie przez dobrych kilka lat u siebie w domu. Miała 21 lat kiedy ją poznałam i miała w sobie tak wielką energię , że po raz pierwszy kiedy ja poznałam na  imprezie winnej u Piotra Ogrodnika to wywaliło mnie z tej imprezy i szłam sama w  ciemną noc do domu 5 km z buta. Dopiero po tygodniu przetransformowania  naszej energii w sobie samej byłam  gotowa na wspólne  nasze nowe spotkanie . Które powiodło podczas nieprzypadkowo zaaranżowanego spotkania przez Joasię i Paulinę  i odtąd mogłyśmy się przyjaźnić już bez większych przeszkód. Agnieszka Malowała obrazy .. była Amatorką  (czyli nie kończyła żadnej szkoły plastycznej) A pomimo tego malowała obrazy naprawdę o niezwykłej barwie i strukturze .  Lubiła malować oczy twierdziła , że można malować co się chce  ale uważała że jedna rzecz powinna być oczywista dla odbiorcy... oczywiście w ogóle się do tego nie stosowała i ciężko u niej było się rozeznać o co chodzi  w danej sztuce prócz tego że jej obrazy działały na widza przykówająco ze względu na kompozycję barw które malowała  z naturalnością lotu motyla w maju. I to w Maju przyszła do mnie kiedy pootwierane były tarasy a ogród i pobliski parko tworzył pierścień świeżej zielonej aureoli nad  nim . Wszystko było świeże i ja i Ona i Park i wiosna i świeżo wyszorowany kuchenny stół na którym położyłam gazetę i czarna farbę którą  postanowiłam pomalować.. coś tam . i na to wparowała Agnieszka z torebką i zaczęła wirować okręcać się tańczyć i fruu machnęła torebką ..torebka trafiła prosto w puszkę farby.. Ta oczywiście się przewróciła czarna farba wylała się na biały kuchenny blat stołu.. . Zastygłyśmy patrząc na siebie .. o kurwa  aleś mi narobiła rzekłam.. teraz będę miała czarny stół stwierdziłam z przekąsem .. jassna cholera.. szlag by to trafił a tak już czysto było.. klęłam pod nosem . Poczekaj .. nic nie rób .. zostaw to . Prosiła .. zobacz.. maluje się sam obraz ..zobacz.. Jaki kurwa obraz  stwierdziłam wściekła. Ja pierdole Agnieszka ! Kurwa mać!.. mój wewnętrzny wulkan kipiał coraz groźniej a lawa jadu wypełzała powoli na zewnątrz. Patrzyłyśmy na tę płynąca czerń i wtedy przez barierki tarasu prosto z buzującej zieleni ogrodu wychyliła się najpierw głowa a potem zaczął wspinać się zwinnie ręka korpus noga chyc i już wdrapała się wręcz przelała jak wężownica kotka Paulina o rudej rozwianej  czuprynie . Co robicie ? ojeju stół malujecie ? Tak .. malujemy.. rzekłam z przekąsem.. sam się maluje ..nie widzisz? A mogę i ja? Zytko.. kochana rzekła Agnieszka  ten stół już nigdy nie będzie taki sam. Chodź coś ci pokażę. W rogu tarasu stało pudło z farbami i pigmentami. Dopadły go rozchichotane i zaczęłyśmy te zwykłe pigmenty wylewać na tę rozlaną czarna farbę a następnie potem delikatnie rozprowadzać je ułamanymi suchymi patyczkami z wiśni kwitnącej właśnie przepięknym bukietem . Tak powstał mój -Nasz wspólny Obraz i to była pierwsza i ostatnia lekcja jaką mi udzielono. Oczywiście , że nie skończyło się na malowaniu stołu . Paulina miała ze sobą trawkę , Zjarałyśmy się nią pięknie i zaczęłyśmy z pasją malować w kuchni dżunglę .. która istnieje i ciągle czeka na odkrycie . Stół - Obraz istnieje i służy do dnia dzisiejszego. Moich ponad  setka obrazów czeka na odkrycie . Tyle namalowałam do tej pory.Moim zdaniem jestem leniwa. Stać mnie na więcej .

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz